Witold Kuliński.
W tle Anna Musiałówna i Michał Lechański.

 

Właśnie otrzymałem smutną wiadomość, że zmarł Witold Kuliński. I dopiero teraz uzmysłowiłem sobie, że pomimo bardzo krótkiej, można powiedzieć – jednodniowej, znajomości, okazał się on dla mnie postacią ważną.

Poznałem go w 2009 roku podczas pleneru w Legionowie, gdzie przygotował dla nas prezentację swoich fotografii. Jakiś czas potem, od Michała Lechańskiego dowiedziałem się, że Witek regularnie ogląda moje zdjęcia i mu się bardzo podobają. Nie skłamię, jeśli napiszę, że moje ego po takiej deklaracji mocno urosło.

Bywały jednak momenty, kiedy balonik mojego ego pękał jak przekłuty szpilką, gdy zdawałem sobie sprawę, że moje zdjęcia podobają się niewielkiej liczbie osób. Szczególnie blado wypadałem, i dalej wypadam, przy porównaniu nie tylko z tzw. influencerami, ale i osobami, które mają trochę inny charakter i są bardziej „medialne”. W takich momentach dopadało mnie zniechęcenie, a dobrego humoru nie poprawiał Instagram, na którym byle jakie zdjęcie kotleta potrafi dostać tysiące polubień.

Zdarzył się czas, kiedy ten fotoblog porastał wirtualnym kurzem. Pewnego kopa do pracy dała mi świadomość, że mogą być takie osoby jak Witold Kuliński, które zaglądają na Masonierka. Nie, nie oszukuję się, że takich osób są dziesiątki, jednak wystarcza mi świadomość, że jest taka jedna i od razu chce mi się robić fotobloga. Witek jeszcze za życia stał się takim moim dobrym duchem, bo grzebiąc w mechanizmie i wrzucając zdjęcia zawsze gdzieś z tyłu głowy miałem myśl – to dla takich jak on, WARTO! Bo w przeciwieństwie do osób obserwujących i lajkujących moje zdjęcia w social mediach, odwiedzający stronę www muszą zadać sobie trochę więcej trudu.

Śmierć Witolda Kulińskiego ma dla mnie także inny wymiar. Zmarł prawdziwy fotograf dokumentalista, którego sobie cenię za fotografie i podejście do nich. Pod poniższym tekstem Witka (zaczerpniętym ze strony Stowarzyszenia Dokumentalistów „Droga”), podpisuję się obiema rękami i wszystkimi swoimi aparatami.

Cholernie żałuję, że nigdy nie nadarzyła nam się okazja, żeby ten temat przegadać.

Wokół nas ciągle jeszcze możemy zobaczyć stare, zaniedbane kamienice, fragmenty ceglanych murów, a poza miastem pochylone drewniane chaty, samotne kapliczki na rozstajach czy niszczejące resztki dworskich zabudowań. W takich miejscach, jeśli uważnie się przyjrzeć, natkniemy się na ślady ludzi, którzy tu właśnie żyli, pracowali, tworzyli… Stare, wydeptane i skrzypiące schody, krzywo wisząca drewniana okiennica, ogrodowe rzeźby, czy cudem zachowany świątek z kapliczki, wszystko to jeszcze „pamięta” ręce murarza, cieśli, czy stolarza-artysty, który je przed wielu laty wykonał, „pamięta” losy ludzi, którzy w tych miejscach żyli. I łatwo sobie wyobrazić, że za chwilę usłyszymy tupot bosych, dziecięcych nóg biegnących po drewnianych schodach, czy skrzyp korbowodu u studni, rżenie koni, czy stukot kopyt na bruku… W takich miejscach warto choć chwilę zastanowić się ile rąk dotknęło tej mosiężnej, ozdobnie wygiętej klamki u drzwi, ile rąk wypolerowało uchwyt studziennej korby, ile tysięcy razy ludzkie nogi szły po tych schodach, kto pielęgnował te, obecnie stare już drzewa, zanim tak pięknie wyrosły… To wszystko są fragmenty naszej historii, bo historia składa się także z takich, zdawać by się mogło, nieważnych drobiazgów. Ale równocześnie trzeba sobie uświadomić, że te wszystkie autentyczne ślady giną na naszych oczach w zastraszającym tempie. Nie możemy przejść obok tego faktu obojętnie, trzeba je utrwalać zanim bezpowrotnie znikną! W przeciwnym wypadku pozostaną nam jedynie mury bezmyślnie zamazywane sprayem, kamienice z wstawionymi plastikowymi oknami obłożone styropianem i betonowe pustynie ogrodzone solidnymi, metalowymi płotami…

Witold Kuliński, tekst ze strony
Stowarzyszenia Dokumentalistów „Droga”.



Zmarł Witold Kuliński – dobry duch tego fotobloga

#FujiKlub #Witold Kuliński #wspomnienie #MichałLechanski

Dodaj komentarz