Testowanie nowego aparatu analogowego nie jest wcale takie proste, jak by się to mogło wydawać. Mnie udało się popełnić chyba większość możliwych błędów jakie można było przy tym zrobić ;-D

  1. przekładając film z jednego aparatu do drugiego dopiero w trakcie tej czynności zorientowałem się, że w ciągu dnia w łazience nie jest wcale tak ciemno, jak mi się wydawało, że może być.
  2. do nowego aparatu założyłem też nowy obiektyw, więc zdjęć nie miałem nawet do czego porównać efektu.
  3. wybranie nagrobków jako tematu do testowego fotografowania też okazuje się nienajtrafniejszym pomysłem. Tam, gdzie jest śnieg, zbyt wiele zależy od korekty dokonanej przez fotografa, trudno więc winić aparat za błędy.
  4. około 30-90 sekund po wlaniu wywoływacza zorientowałem się, że nie odstartował mi stoper. Nie byłem w stanie określić nawet przybliżonego czasu jaki upłynął. Dla niewtajemniczonych – czas trzymania filmu w wywoływaczu ma ogromne znaczenie dla efektu końcowego. W tym przypadku miał on wynosić dokładnie 9 minut i 15 sekund.
  5. wieszając film dowiedziałem się, że nowy aparat skalibrowany jest tak, aby zmieścił 13 klatek tam, gdzie normalnie mieści się 12 klatek. A to oznacza, że wykorzystana jest cała powierzchnia filmu od początku do końca. Wiąże się to z tym, że klatki umieszczone są bardzo blisko siebie (co utrudnia cięcie filmu do skanowania) oraz że nie za bardzo jest za co złapać wieszając film na suszarce (muszę znaleźć jakieś „klipsy” zamiast zwykłych klamerek do prania).
  6. w związku z poprzednim punktem, oczywiście, jeszcze zanim film mi wysechł – pierdyknął mi z suszarki do wanny.

Mimo powyższych problemów, efekt końcowy nie jest chyba najgorszy. Nie?

 

Dodaj komentarz