Mam nieprzemożoną ochotę ponarzekać sobie, jak każdy normalny Polak. A przecież ten wpis powstaje pod wpływem impulsu bardzo pozytywnego. I teraz nie wiem, jak z tego wybrnąć? Może chronologicznie.

Zaczęło się od tego, że zgłosiło się do mnie jedno z wydawnictw, które na okładce książki chciało wykorzystać zdjęcie autora, które zrobiłem. Znając realia rynku wydawniczego i fotograficznego, spodziewałem się prośby o nieodpłatne użyczenie praw do publikacji. A tu niespodzianka, umowa i wynagrodzenie, oczywiście najlepiej jeśli zapłata zostałaby zrealizowana w książkach. Przystałem na to chętnie, bo pieniądze się rozchodzą, a książki zostają.

I wiecie co, nie to mnie w tym wszystkim ucieszyło najbardziej. Największą radochę sprawia mi to, że moje zdjęcia mogą się podobać i czasem nawet podobają obiektom obfotografowanym.

Wiem, że w swoich zbiorach mam dobre i ciekawe portrety, ale mam również świadomość, że nie potrafię ich robić. To co mi wychodzi, to w zdecydowanej większości ziarna, które trafiają się ślepej kurze. Dowodem na to może być to, że większość opublikowanych przeze mnie fotografii autorów zrobiona była podczas prelekcji i spotkań autorskich. Do tych zdjęć podchodzę jak reporter, paparazzi. Kiedy trzeba zrobić zdjęcie pozowane, ustawić modela, światło, wybrać miejsce, zaczynam się gubić. Jako dzieciak byłem bardzo nieśmiały i choć z wiekiem nieśmiałość we mnie osłabła, to trzymając aparat w łapach czuję się, jakbym powrócił do przeszłości. Ta nieśmiałość, strach przed nieudanym zdjęciem, tkwi we mnie nawet wobec najbliższych. Nic więc dziwnego, że każdy udany portret, który podoba się modelowi, sprawia mi podwójną radość.

Co ciekawe, w swoich zbiorach mam też dobre zdjęcia, które sfotografowanym osobom nie podobają się lub podobają się mniej. Dzieje się tak dlatego, że większość z nas na fotografiach chce wyglądać jakoś. Niekoniecznie ładnie, ale zgodnie z wzorcem, który mają jakoś zakodowany. Stąd jeśli na zdjęciu wyjdą inaczej, mam kłopot. Te portrety najczęściej nie oglądają światła dziennego, lądując w katalogu-archiwum z zastrzeżeniem, że opublikuję je dopiero po śmierci modela. Ostatnie takie przypadki, to niektóre fotki pstrykane przeze mnie rybim okiem. Zniekształcenie powodowane przez nie, nie wszystkim się podobają. Całe szczęście, że to kwestia gustu, a nie moich umiejętności (przynajmniej taką mam nadzieję).

Do robienia portretów staram się przełamać, gdyż są one wspaniałą pamiątką dla obfotografowanych i dla mnie. Świetną okazją do tego są spotkania i plenery fotograficzne. Jeszcze lepszą, prośby o sesje zdjęciowe. Jestem wtedy w tej komfortowej sytuacji, że to ja jestem namawiany (a jest to dosyć trudne). Zgadzam się na coś takiego natychmiast, kiedy wiem, że fotografujących będzie więcej. W zespół, wespół, zawsze mi raźniej.

Wspomnienie jednego, jedynego razu, kiedy robiłem zdjęcia sam, dotąd powoduje, że po plecach przechodzą mi nieprzyjemne ciarki. Miałem sportretować dwójkę światowej sławy tancerzy tanga, Aishę i Victora. Przyznaję się uczciwie, zdjęcia niemal doszczętnie spartoliłem pod względem warsztatowym. Tancerze są zadowoleni, ja nie. Dał o sobie znać brak doświadczenia i umiejętności. Szczęśliwie mam też kilka zdjęć tej dwójki, gdzie uratowało mnie podejście reporterskie (jedno z nich możecie zobaczyć poniżej).

Mimo braku pewnych umiejętności, moje doświadczenie pozwala mi na jedno stwierdzenie odnośnie fotografii portretowej – jedną z największych głupot, jakie kiedykolwiek czytałem, jest hasło, że portret żeby był dobry, powinien oddawać „wnętrze” osoby portretowanej. Jedno z najlepszych moich zdjęć (przynajmniej ja je za takie uważam) to fotografia Andrzeja Ziemiańskiego (także poniżej). Fotografia, na której wyszedł on zupełnie jak nie on. I choć wtedy pozował mi i Adamowi Cebuli, to chciał on prawdopodobnie wyjść inaczej. To zdjęcie podoba mu się mniej niż inne, które wtedy zrobiliśmy.

 

 

Dodaj komentarz